Pod górkę.

Już dawno stwierdziłam, że nie mogłabym poślubić milionera. Po pierwsze mam już męża, a po drugie nie umiałabym żyć bez tego całego zdobywania, dorabiania się i poczucia satysfakcji z tego, że oto ja sama, czy my razem doszliśmy SAMI do tego, co posiadamy.

Zdecydowanie nie miałam zamożnych rodziców. Wręcz przeciwnie, w liceum zmarł mój ojciec i stałam się córką ubogiej wdowy. Z tamtego okresu pamiętam masę kompleksów i marzenia o wspomnianej już na tym blogu garsonce.

Znam osoby, które miały w życiu dużo tzw. szczęścia czyli bogatych rodziców. Mogli więc liczyć na dobry start, nie zaprzątali sobie nigdy głowy tym , skąd wezmą kasę na swoje potrzeby. Mam z nimi tak niewiele wspólnego, że czuję się w ich towarzystwie jak istota z innej planety.

Na mojej planecie zarabia się na swoje rachunki samodzielnie, pierwsze nasze  auto może mieć ponad 10 lat, a za remonty naszego domu płacimy sami, dlatego ich czas jest dłuuugi i nieokreślony :)

Mogłabym wygrać parę milionów w Lotto, ale, nie wydaje mi się, by rola milionerki przypadła mi do gustu. Przestałabym wtedy iść pod górę i zwalczać te małe i większe problemiki ludzkiego żywota. Zamiast tego wszystko byłoby podane na srebrnej tacy. Czym bym się wtedy martwiła? Na co mogła ponarzekać?

Planuję, marzę i zdobywam. Oczywiście tylko, to co jest w moim zasięgu. Całą resztę dóbr tego świata zostawiam zamożniejszym ode mnie. Mi zostaje głupie poczucie dumy, z tego, że daję radę.

Z górki na pazurki byłoby dla mnie zbyt łatwo.

644wizyt ogółem,1wizyt dzisiaj

Dodaj komentarz