Zanim żyli długo i szczęśliwie.

Gdybym spojrzała na swoje wesele okiem dzisiejszej panny młodej, lub okiem współczesnego konsultanta ślubnego okazałoby się, że miało ono wiele niedoskonałości. Zakochani po uszy, nie zajmowaliśmy się organizacją wcale.

Przygotowaniami zajęli się rodzice. My, wbrew dzisiejszym zwyczajom, nie założyliśmy organizera ślubnego po to, by odhaczać kolejne punkty. Nie było więc pokrowców na krzesła, poduszeczki na obrączki, rozsypanych płatków róż w kościele, nie było pikowanej ścianki za Młodą Parą, ani nawet podświetlanej ścianki. Pierwszy taniec był zwyczajny jak my, nie odbywał się w oparach tzw. ciężkiego dymu, a w tle nie mrugał nieodzowny dzisiaj napis „love”. Przyjezdna rodzina stłoczyła się w naszym niewykończonym domu, więc nie było hotelowych luksusów.

Owszem były skromne dekoracje i na sali i w kościele, menu dograne, muzyka grała, goście wybawieni. Organizacja przedsięwzięcia zajęła kilka miesięcy, znaliśmy się również krótko. Nie było to 100 lat temu, ale ledwo 15. Tymczasem wymagania młodych tak wzrosły, że zastanawiam się jak myśmy mogli, tak po prostu, bez ceregieli, wziąć ten ślub.

Bez drona, który by nas filmował, bez deseru panacotta podanym na wytwornym talerzu…. chyba troszkę bez pompy weszliśmy w te wspólne życie.

Może jestem pozbawiona gustu, ale przeraża mnie gdy to, co trendy, zabija to, co powinno być naprawdę ważne.

Dodaj komentarz

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.